środa, 25 maja 2011

...o polskiej literaturze grozy po raz pierwszy, czyli cudze chwalicie, a swego nie znacie, albo jak kto woli, Kostek Rehabilitacja

Oczytany Polak, zapytany o klasyków literatury grozy wymieni Lovecrafta, Poego, może jeszcze Blackwooda. Jeśli naprawdę interesuje się tematem, wspomni o Jamesie. Będzie pamiętał o mistrzach atmosfery, tych którzy od lat, nawet po śmierci straszą Nas i niepokoją. Żaden z nich nie był Polakiem. Lovecraft wspomina Nasz naród w raczej pogardliwym tonie, co oznacza, że żaden klasyk nie promuje Naszej kultury, Naszego języka, czy folkloru. Nie straszy tym co polskie, przeraża tym co angielskie i amerykańskie. Miast bać się zmór, czortów, biesów i całej plejady piekielnych „elementów” wyciągniętych wprost ze słowiańskiego zabobonu trzęsiemy tyłkami przed Wendigo i Cthulhu. A to dlatego, bo nie czytamy własnych klasyków, polskich mistrzów strachu, Naszych ludzi-widm.

Opuszczenie przez kogoś na liście prywatnych lektur, dzieł Wacława Kostka- Biernackiego jestem w stanie biednemu Polaczkowi, zjadaczowi szarego chleba wybaczyć, gdyż Nasi czerwoni ideologicznie i na twarzach dobroczyńcy bardzo tego człowieka nienawidzili i z uśmiechami na pijackich, partyjnych buziach palili jego książkami w kominkach. Dopiero niedawno doczekaliśmy się wznowienia nakładu (po przeszło 80 latach od pierwszego wydania” kostkowego zbioru opowiadań zatytułowanego „Straszny gość”. Fakt, że znów Nasz naród może się nią zaczytywać zawdzięczamy panu Stillerowi.

Za co tak nienawidzono pana Biernackiego, że zapomniano o nim na dekady (a jeśli pamiętano to bezczeszczono jego imię na lewo i prawo, jak tylko się dało)? Cóż, świętym człowiek ów nie był. Płk. Biernacki zasłynął przede wszystkim jako prawa ręka Marszałka Piłsudskiego i jego człowiek od... brudnej roboty. Choć rwał się do walki, lojalność nakazała mu wykonywać rozkazy, a sprowadzały się one do uczynienia go szefem żandarmerii. Więc wieszał Kostek kolaborantów, rozstrzeliwał dezerterów i siał strach wśród zdrajców co za dobrze pajmaju po rosyjsku. Wówczas już pisarskie miał ciągoty, to jemu bowiem zawdzięczamy „Pieśń o Wodzu Miłym” (wersja dla przedszkolaków: „Jedzie, jedzie na kasztance...”). Późniejsza jego kariera sprowadzała się do piastowania najpierw roli komendanta obozu w Berezie Kartuskiej (za co obwołano go Dyabłem), a później naczelnika twierdzy brzeskiej (za co również otrzymał kilka czarcich przydomków). Sierpo- młotowcy tak go nienawidzili, że po drugiej wojnie światowej osadzili w więzieniu przy Rakowieckiej (a był już wówczas sędziwy), gdzie był jednym z niewielu internowanych do końca odsiadki zachowujących godność i nie sprowadzającym swych zachowań do zwierzęcych instynktów (o co było trudno), czy mówiącym współwięźniom wersety z Homera z pamięci. Los miał jego zakończyć się szubienicą, lecz ze względu na stan zdrowotny zawieszono wyrok i po latach odsiadki pozwolono umrzeć na wolności, w osamotnieniu.

Czym właściwie jest ten „Straszny gość”? W co wgryzł się tak mocno Wasz uniżony sługa, że po nocach w snach mu kozacy z bałałajkami biegają? Co to za księga tajemna, że na okładce portret autora, przyprawiony o diabelskie rogi i z przyciemnionymi na czarci wzór oczodołami? Sam podtytuł „Niesamowite opowieści kresowe” wiele już nam mówi. Zbiorek mieści sześć opowiadań z pogranicza grozy i realizmu magicznego. Od pierwszej strony po ostatnią przesycony jest kresowym folklorem, ponadczasową wiejską mądrością i niesamowitym, wschodnim urokiem. Narracja zamknięta jest w ramach, czasem krępuje ją tzw. „szkatułka”. Pięć spośród tych magicznych arcydzieł krótkiej formy wypływa nam na karty niemal wprost z ust Kostji, narratora, starego, mądrego chłopa, słowiańskiego dziada bajarza, naocznego świadka wszystkich owych niezwykłych historii. Przez ową książeczkę, wybitne dzieło, prozaiczny majstersztyk momentami ciężko przebrnąć z powodu archaicznego języka (tego, którym dawniej posługiwał się każdy Polak, właśnie tego, którym sprawnie władał Mickiewicz) i wielu zapożyczeń z ukraińskich, słowiańskich dialektów. Zadanie zrozumienia tych historii ułatwiają nam liczne przypisy w które wyposażone jest współczesne wydanie zbioru, dawne maniery językowe dodają zaś niepowtarzalnego uroku każdej z tych opowieści. Jakie dziwy można spotkać na jej kartach? Zmory, biesy, czarty, rybie potwory, sprytnego diabła, przyprawiającego rogi uczciwym chłopom, satanistycznych kozaków, pogan, upiorów, oraz rzecz jasna tytułowego strasznego gościa, któremu na imię Danniłła. Gdy czytamy fragment w którym przebrzmiewają instrumenty strunowe, niemal możemy usłyszeć smutnego kozaka, przyśpiewującego dumę na samotnym kurhanie. Dzieło to jest ucztą z najpiękniejszych i najbardziej urokliwych elementów słowiańskiej kultury, okraszonej niesamowitością od której włos jeży się na głowie. Nie jest to skrajne przerażenie, lecz wywołane atmosferą niesamowite napięcie, oczekiwanie na punkt kulminacyjny kolejnej bajdy, niepokój związany z emocjami przeżywanymi przez głównych bohaterów. Pułkownik Biernacki pozwala nam choć na moment otoczyć kółkiem fotel na którym siedzi wygodnie Kostia i wsłuchać się w jego starcze, pełne mądrości opowieści.

Po tej pożywnej dla umysłu i ducha lekturze, pomny biografii autora tego literackiego majstersztyku, zadałem sobie jedno pytanie. Jak tu nie kochać takiego diabła? Cóż z tego, że „zbrodniarz wojenny”, kiedy jest najlepszym ze znanych polskiemu czytelnikowi bajarzy.

niedziela, 1 maja 2011

...o sztampie, pretensjonalnych bohaterach i trudnej sztuce kinematografii

Pierwszą majową noc spędziłem urządzając sobie maraton filmowy. Jako, że towarzyszyła mi
młodsza siostra wraz z koleżanką, wedle umowy, którą zawarto dlatego, iż usiłuję być naprawdę
dobrym, wyrozumiałym bratem, wybór oglądanych dzieł światowej kinematografii nie leżał w mojej gestii. Tak oto Majowy Nocny Maraton Filmowy przekształcił się w Nocny Maraton... sagi Zmierzch.
Bite sześć godzin pochłanialiśmy tony niezdrowego żarcia i napojów (ja dodatkowo podtruwałem się papierosami i piwem) usiłując przetrawić głębokie, trudne i ważne treści przekazywane nam
za pośrednictwem trzech filmowych dzieł.
Pierwsza odsłona kultowej serii okraszana była przez moją skromną osobę sprośnymi żartami
sytuacyjnymi (jestem pewien, że w co najmniej dziesięciu scenach filmu, głównej bohaterce
fraza "Fuck me!" ciśnie się na usta, w kilku scenach Edzio z kolei wygląda jakby popuścił w spodnie). Nieletnim nie do końca podobało się, że to dorosłe bydle, które siedzi obok ma czelność robić sobie jaja z tak wspaniałego filmu. Postanowiłem zmienić styl żartów i zacząłem ostentacyjnie dopingować bohaterów, zakrywać oczy w razie dostrzeżenia choćby minimalnej drastyczności sceny, bądź udawać płacz, gdy zamiarem reżysera było wzruszenie widza. Parę pierdolnięć w głowę poduszkami pozbawiło mą skromną osobę resztek rezonu i przez pozostałe dwie części grzecznie i cicho przyjmowałem napływające wraz
z treścią totalne odmóżdżenie. Ba! Udała mi się nawet identyfikacja z jednym z bohaterów!
Pierwszą rzeczą, która mnie załamała była tępota i społeczne upośledzenie głównej bohaterki (Belli- jak ślicznie). 17- letnia dziewczyna nie pojmowała najprostszych nawet interakcji socjalnych, naiwnie próbowała zjednoczyć dwa gatunki, które zostały odkreślone jako naturalni wrogowie. Co gorsza (ubolewam nad Twą śmiercią słodka logiko!) udało jej się to. Wampiry wpierdalające sarenki stanęły ramię w ramię z mniejszością etniczną reprezentowaną przez indiańskie wilkołaki. Wspólnie i w zgodzie skopali zadki innym wampirom.
Gdy zwalczyłem chęć popełnienia rytualnego samobójstwa, byłem w stanie rozkoszować się debilizmem, jakim jest przedstawienie trzech czarnych (jeden dosłownie) charakterów na początku sagi, by każdego z nich uśmiercać w ilości jeden/film. Z niewiadomych przyczyn główna bohaterka jest odporna na wampiryczne moce, nadto niemal każdy przedstawiciel tego gatunku jest idiotą i chce brutalnie ją uśmiercić.
Muszę wspomnieć o potężnym, królewskim wampirycznym rodzie, który posiada licznych przydupasów i żywi się pechowymi, zagranicznymi wycieczkami. Są Włochami, całe szczęście noszą długie włosy, więc nie są przedstawicielami urody typu śródziemnomorska ciota. Za to ich wpływy są wielkie, a plany dalekosiężne, toteż ich potęga adekwatnie pozwala im na znęcanie się nad słabszymi i drapanie się po tyłkach.
Chyba umiera mi mózg.